Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 685: Biegaczka (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Powszechnie znany i rozprzestrzeniony jest już trend, że filmy kręcone pod platformy streamingowe są tak skonstruowane, żeby widz zajmujący się podczas seansu swoim telefonem, nie pogubił się w meandrach fabuły. Pierwszy raz jednak miałam okazję obejrzeć film, którego twórcy wyraźnie liczą na to, że widz nie będzie w pełni skupiony na historii i nie zda sobie tym samym sprawy z jakim kretynizmem ma do czynienia.
Gal Gadot gra prawniczkę Mayę, która po odprowadzeniu syna do szkoły zaczyna rutynową przebieżkę przez Londyn. Wtedy dostaje telefon od nieznajomego rozmówcy, który oświadcza, że porwał jej dziecko. Matka odzyska syna wyłącznie wtedy, gdy zabije świadka koronnego, strzeżonego w hotelu. Ma na to godzinę. Maya zaczyna biec, a na ekranie zaczyna się festiwal absurdu.
Najpierw o pozytywach. Film jest krótki. Trwa 84 minuty.
Jeżeli chodzi o resztę, to... o rany! W głównej roli mamy Gal Gadot, która dobrą aktorką nie jest, ale w tym filmie nie wypada najgorzej, może dlatego, że wszystko dookoła jest poniżej wszelkiej krytyki. Nie za bardzo obchodzi nas jej relacja z synem, bo przez te pół minuty kiedy jest ona ustanawiana, operatora kamery bardziej interesuje zaprezentowanie butów do biegania. W końcu film na taki temat to idealna okazja do lokowanie produktu, z której twórcy często korzystają.
Najlepszy jest jednak złoczyńca, obowiązkowo zamazany, skąpany w półcieniach i prowadzący naszpikowany banałami monolog. Jest geniuszem, zawsze dwa kroki przed wszystkimi. Poza oczywiście momentami, kiedy scenarzysta zadecydował, że ma być nieświadomym niczego idiotą. Przykładowo, zhakowawszy telefon naszej bohaterki potrafił ją namierzyć w środku parku pod konkretnym drzewem. Nie zorientował się jednak, że w pewnym momencie wsiadła ona do metra! Gdy spojrzał na mapę, to najwyraźniej doszedł do wniosku, że postanowiła przebiec się po torach z prędkością ponad 30 km na godzinę.
Może zresztą nie jest to tak nieprawdopodobne. Maya cały czas biegnie i co jakiś czas ktoś ją goni. Ludzie goniący ją wciąż się zmieniają, ale i tak nikt nie jest w stanie jej złapać. Można tylko pozazdrościć formy. Jestem też pod wrażeniem, jak wprowadzane są poszczególne postaci. Gdy Maya spotyka księdza, to niemal od razu zaczyna on rzucać cytatami z Biblii, jak trafia na łódź, to oczywiście spotyka zarośniętego wilka morskiego prosto z kart Juliusza Verne'a. Nie mamy przecież czasu na subtelności. Najlepiej oczywiście wypada policja. Czekam kiedy mundurowi z całego świata wniosą wspólny pozew przeciwko temu jak Hollywood ukazuje ich na ekranie. Ten film powinien przelać czarę goryczy. Nie dość, że policjanci nie potrafią dogonić słaniającej się i rannej kobiety, to jeszcze wyraźnie trzęsą się ze strachu na jej widok.
Abstrahując od tego, że cały plan złoczyńcy jest pozbawiony sensu; przy wszystkich swoich technicznych możliwościach mógłby zabić problematycznego świadka, pozorując wypadek, to film jest jeszcze strasznie brzydki wizualnie. Wydaje mi się, że nawet najbardziej zaprawiony w boju widz dostanie choroby lokomocyjnej przy tych rozmazanych kadrach i szarpanym montażu. Nieważne, co wydarzy się jeszcze w ciągu następnych trzech miesięcy. Najgorszy seans roku mam już za sobą.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Kevin Macdonald, Anthony Dod Mantle
Ocena: 3/10